Hajdúszoboszló i Balaton, czyli czym Węgry bogate, a turyści tendencyjni
Zastanawia mnie, co kieruje turystami, kiedy „upatrują" sobie jakieś miejsca, które potem stają się „perełką turystyczną regionu / kraju". Takimi „perełkami" są w Polsce Zakopane (pełne kiczu i lansu, choć podkreślam: Tatry uwielbiam!) i zalew nad Soliną w Bieszczadach (jak wyżej, choć i tu podkreślam: Bieszczady uwielbiam jeszcze bardziej!). W przepięknym skądinąd Siedmiogrodzie na podobnej zasadzie funkcjonuje „zamek Drakuli" (któremu do wampirów dalej niż hollywoodzkim produkcjom „zmierzchopodobnego" typu), a we Włoszech Rimini wraz z tłumnie przybywającymi tam grupami kolonijnych dzieciaków- to miasto na tle tak obdarowanej bogactwami Italii prezentuje się co najwyżej miernie...
I Węgry mają dwie „perełki" swoje, miejsca-symbole wręcz, które przywołuje mi niemal każdy na wieść, że studiuję hungarystykę. Balaton i Hajdúszoboszló. Ileż razy już słyszałam: Węgry? Uwielbiam! Przemiły naród, kuchnia znakomita, i te widoki piękne! Wiem, bo jako dziecko byłem w Hajdúszoboszló! Istotnie, Węgrzy są przemili, kuchnia znakomita (jeśli ktoś lubi potrawy tłuste i pikantne - ja bardzo). Widoki też piękne..., ale akurat nie w Hajdúszoboszló, na litość boską! Owszem, Tokaj jest jednym z najbardziej uroczych miejsc, w jakich byłam. Budapeszt jedną z najbardziej fascynujących metropolii. Pecz i Segedyn kuszą południowym luzem i gwarem. Ale Hajdúszoboszló? (Dodam jeszcze, że „Hajdúszoboszló" zawsze słyszę przez „sz" wymawiane, choć powinno być „Hojdusoboslo". W węgierskim jest na opak: „sz" to „s", „s" to „sz"). Mniej jednak od niepoprawnej wymowy zastanawia mnie, po co Polacy tam w ogóle jeżdżą. Co oni widzą w tych bagienkach brudnawych, w tym postsocjalistycznym klimacie miasteczka? Jod i brom, które mają być cudownym lekiem na reumatyzm? To, że kelnerzy potrafią powiedzieć kilka słów po polsku? Skoro głównie na Polakach zarabiają, to logiczne, że nauczyli się wypowiadać coś na kształt „dziękuję". Niestety, poza jadłospisem po polsku i mityczną wiarą w uzdrowicielską moc wody, miejscowość nie ma do zaoferowania niczego zaskakującego, ciekawego, pięknego. Nieestetyczne trawniki wokół basenu, na których możemy poleżakować po uiszczeniu niebagatelnej opłaty za wstęp na teren uzdrowiska, kilka zatłoczonych zjeżdżalni wodnych, średniej klasy knajpek, trochę karuzel, budek z popcornami i lodami - czy to wszystko, czego potrzebuje do szczęścia wymagający turysta? Zawiedzeni przez całodzienne nudy, nie możemy nawet dostarczyć sobie żadnej rozrywki wieczorową porą, bo o 23 miasteczko jest już absolutnie wymarłe.
Podobnie jest z Balatonem. To drugi „turystyczny raj", z którego śmieją się sami Węgrzy,
ilekroć poruszam w ich towarzystwie ten temat. To największe w Europie jezioro może i miejscami ma swój urok, ale usłany bliźniaczymi kurortami brzeg południowy, tak masowo odwiedzany przez turystów, jest po prostu nudny i brzydki. Żeby cokolwiek umoczyć kolana, trzeba oddalić się od brzegu o jakiś kilometr, bo Balaton jest akwenem wyjątkowo płytkim, co może stanowić atut najwyżej dla rodziców (i dziadków!) małych dzieci. Kiedyś wypożyczyłam tu rower wodny, aby chwilę popływać - nic z tego, nieustannie zahaczał o dno, mimo, że starałam oddalić jak najdalej od brzegu. Istna komedia! Owszem, brzeg północny, nieco dziki i mający do zaoferowania znacznie ładniejsze widoki, a także obecność historycznych miejsc takich jak Tihany czy całkiem uroczego Keszthely, jest bardziej pociągający. Ale jak na ironię, znacznie rzadziej przez turystów wybierany. I tych wyborów właśnie zrozumieć nie potrafię!
Zdjęcia:
RSS