portal społecznościowo podróżniczy
» więcej
podpowiadamy
 
 
 Wstecz

GNIEW ŚWIĘTEJ GÓRY -

Przymarznąć językiem do łyżki podczas jedzenia... Trzymać całą noc pasztet w śpiworze, po czym rano wyciągnąć go niezmiennie skuty lodem...

Przymarznąć językiem do łyżki podczas jedzenia... Trzymać całą noc pasztet w śpiworze, po czym rano wyciągnąć go niezmiennie skuty lodem... Iść po omacku, mając rzęsy sklejone w centymetrową bryłkę lodu... Pełznąć pod górę mocno wbijając czekany w lód w nadziei, że nie zostanie się porwanym przez wiatr... Dzwonić zębami całą noc, nie czuć stóp cały dzień... To tylko niektóre z niezapomnianych atrakcji, jakie oferują góry Syberii tym, którzy ferie zimowe postanowią spędzić na dobrowolnym zesłaniu.
 
My, wybierając się na najwyższy szczyt Ałtaju, mieliśmy świadomość, że łatwo tam nie będzie, choć akurat wyżej wymienione przyjemności pozostawały na razie poza naszą wyobraźnią. Nie dość, że owiana w Polsce złowrogą legendą Syberia, to jeszcze na tej Syberii góry, no i w dodatku - zima. Cóż lepszego można sobie wyobrazić?
Śmiały plan powoli zmieniał się w rzeczywistość i „Belukha Winter Expedition 2010” stawała się faktem. Wśród piętrzących się przeszkód tradycyjnie pojawiła się ta, związana ze skompletowaniem składu. Brak pieniędzy, brak urlopu, ferii czy po prostu brak chęci udawania się w takie temperatury i tak daleko od cywilizacji. To wszystko zadecydowało o tym, że ostatecznie w Ałtaj pojechał zaledwie trzyosobowy zespół.

W nocy z 28 na 29 stycznia ekipa w składzie Tomek Rojek, Bartek Tofel (KW Warszawa) oraz ja, reprezentująca jak zawsze KS Kandahar, wyrusza w drogę. Pociąg do Gdańska, autobus do Kaliningradu, nocleg na lotnisku w tymże mieście, przerwany wizytą milicjantów, nieco zaskoczonych tym, że „biwakujemy” tutaj, skoro nazajutrz lot mamy o... 18:30. Wreszcie 31 stycznia rano lądowanie w mroźnym syberyjskim Barnauł i 7 godzin jazdy tutejszym „pekaesem”. Z początku dziwimy się, czemu pasażerowie nie zdejmują kożuchów i wielkich futrzanych czap. Po chwili jednak sami zakładamy na siebie puchy, rezygnujemy też z bezskutecznej walki z lodem pokrywającym szyby i uniemożliwiającym podziwianie widoków.

Po tak długiej i męczącej podróży spotkanie w Czaryszu z Siergiejem Polovinkinem, bratem znajomego, jest dla nas wielką radością. Siergiej ma nas zawieźć do Tiunguru, skąd wyruszymy w góry. Póki co kwateruje nas w nieczynnej bazie studenckiej, gdzie w drewnianej chatce doceniamy luksusy takie jak piec i łóżka. Przywozi też narty, które mieliśmy tutaj wypożyczyć. Ku naszemu zaskoczeniu okazuje się, że deski są drewniane, zaś wiązania to tradycyjne „kandahary”. Cóż, kiedyś chodziło się na takim sprzęcie, to i my jakoś damy radę. Postanawiamy ruszać nazajutrz, na odpoczynek będzie czas później.

Całodniowa podróż Ładą Niwą nie obywa się bez przygody. Już po odebraniu wyrabianych od dwóch miesięcy pozwoleń na pobyt w strefie przygranicznej, jadąc na szczęście z niedużą prędkością, wpadamy w poślizg i lądujemy na boku. Wszyscy cali i zdrowi wydostajemy się z samochodu i z pomocą dwóch barczystych Ałtajczyków z zatrzymanej ciężarówki przywracamy Niwkę do pionu. Lekko wgniecione drzwi i wylany olej, który Siergiej zaraz uzupełnia – oto cały bilans strat. Niezniszczalna Łada wiezie nas dalej aż za Tiungur, gdzie pod lasem rozbijamy namiot, a Siergiej rozpala ognisko. O wyjątkowo mroźnej tegorocznej zimie już wiemy, lecz tej nocy po raz pierwszy odczuwamy, że rzeczywiście tu, na 900 m n.p.m., bywa -40°C.

Nazajutrz, 2.02, w miejscowym schronisku załatwiamy obowiązkowy meldunek, po czym wczesnym popołudniem żegnamy się z Siergiejem i zarzuciwszy na plecy po ok. 35 kg ruszamy na trekking przez tajgę. Jadący konno z przeciwnej strony Ałtajczyk uspokaja nas – ścieżka jest przedeptana aż do bazy nad jeziorem Akkem. Narty póki co ciągniemy więc za sobą.

Plecaki wgniatają nas w ziemię. Tego dnia docieramy zaledwie pod położoną na 1600 m n.p.m. przełęcz Kuzjak. Rano na drzewie, obwieszonym kolorowymi modlitewnymi wstążkami dowiązujemy swoje kawałki materiału i schodzimy na drugą stronę przełęczy, ku dolinie Akkem. Zaskoczeniem są dla nas pasące się na polanach stada bydła. Jako że śniegu jest tu mniej niż u nas, zwierzęta, chronione przed mrozem grubą zimową sierścią, wygrzebują spod białej pokrywy źdźbła trawy. Wkrótce łąki zostają za nami, zaś przed nami aż do Akkem już tylko tajga. Wilki, o których tyle słyszeliśmy, podobno jednak bardzo rzadko atakują ludzi, idziemy więc bez strachu. Kolejny biwak w lesie i kolejny dzień dreptania z coraz bardziej katującym ramiona i plecy ciężarem po wąziutkiej ścieżce – góra, dół, góra, dół. Wreszcie droga schodzi do doliny i prowadzi brzegiem rzeki lub po lodzie. Gdy pod wieczór zabieramy się za rozstawianie namiotu, z przeciwka nieoczekiwanie pojawia się na ścieżce Ałtajczyk ze strzelbą i psem. Okazuje się być myśliwym z Tiunguru, nocuje w pobliskiej chatce – „zimojce”. Czy on nas zaprasza, czy raczej my się wpraszamy, w każdym razie będzie ciepło i wysuszymy śpiwory. Faktycznie w maleńkim, przeznaczonym dla dwóch osób szałasie jest ciasno, ale za to gorąco jak w saunie. Pietro – bo tak brzmi rosyjska wersja jego imienia - opowiada o świętości Biełuchy, o szamanizmie, o „śnieżnym człowieku”, ale i o swoich córkach, studiujących w Barnaule i Gornoałtajsku. Przed pójściem spać wrzuca do garnka kawał mięsa, który rano okazuje się być przyrządzoną specjalnie dla nas kozicą górską.  Cóż, nawet wegetarianom nie wypada odmówić.

Nazajutrz wspólnie ruszamy w kierunku Akkem, Pietro idzie obejrzeć bazę, na której latem planowany jest remont. Co jakiś czas zbacza z drogi, by założyć sidła, uczy nas też czytać tajgę - rozpoznawać ślady zwierząt czy wypatrzeć w oddali cenne trofeum, rogi kozła zjedzonego przez wilki. Wczesnym popołudniem lokujemy się w nieczynnej bazie turystycznej w ciepłej izbie stróża Igora.

Kolejny dzień to zasłużony odpoczynek. Odchudzamy plecaki, zostawiamy tu spory depozyt: jedzenie na powrót, cieńszą odzież. Wyżej pójdziemy już w puchowych kombinezonach, które teraz testujemy wylegując się w śniegu przy -30. Tego dnia do Akkem dociera Siergiej, który jednak zmienił zdanie i postanowił iść z nami do schronu w Tomskich Stojankach i tam zaczekać. Około pięćdziesięcioletni Rosjanin ma za sobą wiele podróży polarnych – Czukotka, Bajkał zimą na rowerach... Mróz nie robi na nim wrażenia.

Następnego dnia, 7.02, ruszamy w stronę lodowca. Po drodze nieco za długo siedzimy w „meteostancji”, zasłuchani w opowieści mieszkającej tu na stałe z rodziną Tani, która objaśnia nam zaklęte w kształtach skał postacie – Jezus, szaman, Adam i Ewa... By zapewnić sobie szczęśliwy powrót z Biełuchy radzi nie tylko pomodlić sie w położonej na końcu jeziora kapliczce, ale i przed jej drzwiami rozrzucić na cztery strony świata nieco jedzenia dla duchów. Na wszelki wypadek przed spotkaniem ze świętą górą wypełniamy wszystkie zalecenia.

Teraz przed nami tysiąc metrów podejścia łatwym lodowcem. Masyw Biełuchy wyrasta przed nami monumentalną ścianą, zwieńczoną symetrycznym stożkiem szczytu. Do metalowego schronu w Tomskich Stojankach, gdzie czeka już na nas Siergiej, docieramy bardzo zmęczeni. Temperatura około -35°C, rozwalone drzwi, wewnątrz schronu masa śniegu. Odtąd działać już będziemy nielegalnie. Z racji tego, że droga na Biełuchę zahacza o terytorium Kazachstanu, pozwolenie dostaliśmy tylko do Stojanek. Cóż, pograniczników tutaj nie spodziewamy się raczej spotkać.

Kolejny dzień okazuje się niezaplanowanym dniem odpoczynku. W nocy zamiast spać dzwoniliśmy zębami, rano wychodzimy więc zbyt późno, zmęczeni idziemy zbyt wolno, nie znamy drogi przez lodowiec. Zawracamy więc do Tomskich, odpoczywamy, jemy, przygotowujemy wszystko i nazajutrz, po nieco lepszej nocy, wychodzimy znacznie wcześniej.

Podejście na Przełęcz Diełane wygląda poważnie. 300 metrów nawet łatwej wspinaczki z 25 kg na plecach i w stroju á la ludzik z reklamy opon to jednak jest wyzwanie. Pierwszy prowadzi Tomek, lecz w połowie drogi dostaje krwotoku z nosa i traci siły, więc zmieniam go. Na położoną na ok. 3700 m n.p.m. przełęcz docieramy po 4 godzinach. Ciepło słońca oraz zapierające dech w piersiach widoki dodają nam energii. Ostrożnie schodzimy na położony po kazachskiej stronie lodowiec Miensu, klucząc wśród labiryntu widocznych i niewidocznych szczelin. Rozbijamy się poniżej podejścia na Przełęcz Bierelskoje. Dzień jest za krótki, abyśmy zdążyli dziś jeszcze dojść na górę. Narty się nie przydają, zostawiamy je więc tutaj.

Po koszmarnej nocy, spędzonej na „trzęsawce”, oraz porannej walce z zamarzniętym gazem, zamarzniętymi termosami, zamarzniętymi zamkami błyskawicznymi, zamarzniętymi butami oraz niemal zamarzniętymi własnymi kończynami ruszamy w końcu w kierunku Bierelskoje. Podejście wyglądało groźnie, okazuje się jednak sporo łatwiejsze od poprzedniego. A jednak nie posuwamy się szybko, wyczerpanie daje o sobie znać. Wychodzimy ponad przełęcz, podziwiamy niesamowite widoki. Tutaj rozpoczyna się eksponowana grań. Latem, podobnie jak i podejście na Diełane, w trudniejszych miejscach jest zaporęczowana. Teraz lin nie ma, jest za to lód, a z drugiej strony zdradliwe nawisy. Możliwości są dwie. Pierwsza – poręczowanie – nierealna. Jest nas za mało, zbyt mało mamy sprzętu, jedzenia, gazu. Druga to przejście „na żywca”, czyli bez asekuracji, która tutaj zwiększałaby tylko ryzyko. Na to z kolei z tak ciężkimi plecakami nie sposób się porywać, nikt z nas nie chce zginąć na tej górze. Decyzję, co robić, musimy podjąć szybko. Dziś przejść trudności nie zdołamy, musielibyśmy zakładać biwak tutaj, a jutro, przed atakiem szczytowym, jeszcze jeden. Tyle i tak nie wytrzymamy, śpiwory już teraz zmieniły się w bryły lodu. Ja od nocy nie odzyskałam czucia w stopach. Jeśli się wycofujemy, to teraz, zanim zacznie wiać. Nocleg na Miensu zwiększa nasze szanse. Zimno przenikające pod warstwy puchu przyspiesza podjęcie decyzji. Z ciężkim sercem schodzimy.

Po kolejnej przedygotanej nocy ruszamy się jak muchy w smole. Przełęcz Bielelskoje przesłania tuman śniegu, porywanego przez wiatr. Dobrze, że nocowaliśmy tutaj, nie tam. Ciekawe, jaka jest temperatura? W łagrach podobno sprawdzano to w taki sposób: co rano strażnik spluwał i jeśli ślina do ziemi doleciała już zamarznięta, znaczyło to, że jest poniżej -50°C. Więźniowie mieli wówczas wolne. Na podstawie tego testu my również powinniśmy dziś odpoczywać. Zamiast tego jednak, odnajdując dzięki traserom zawiane ślady, posuwamy się zwolna w kierunku Diełane. Później pięć potwornie długich zjazdów, podczas których zimno coraz bardziej ogarnia nasze ciała. Rozgrzewamy się nieco schodząc do Tomskich Stojanek. Tam, po wyciągnięciu śpiworów, okazuje się, że całkiem zamarzły. Tylko Tomka nadaje się do spania. Bartek i ja tej nocy dzwonimy zębami w worku z folii NRC. Nazajutrz schodzimy do Akkem. Siergiej czeka tu na nas, cieszy się, że żyjemy, mówi, że nawet on marzł. Nocować będziemy teraz w bazie ratowników nad jeziorem, nieco powyżej tej, z której wcześniej korzystaliśmy, a która teraz ma zostać zamknięta. Naszym domem będzie odtąd wielka metalowa beczka, w której zimą mieszka jedynie stróż Wołodia – mistyk i artysta samouk, żyjący tu na co dzień, z dala od zgiełku cywilizacji, oraz dwa piękne kocury...

Autorka: Aleksandra Dzik

Dalsza część artykułu znajduje się w serwisie GORYonline.com

Źródło tekstu i zdjęć:

GORYonline.pl


Autor: Administrator
 
popularne przewodniki: Praga Wiedeń Paryż Londyn Dublin Berlin Ateny Rzym Wenecja Bratysława Nowy Jork Toronto Amsterdam Sztokholm Budapeszt Rio de Janeiro
polecane miasta w Polsce: Warszawa Kraków Poznań Wrocław Łódź Gdańsk Gdynia Rzeszów Lublin Szczecin Bydgoszcz
noclegi w górach: Zakopane Białka Tatrzańska Szczyrk Krynica Górska Karpacz Szczawnica Piwniczna Muszyna Wisła
regulamin / o nas / kontakt / partnerzy / rezerwacje / współpraca / " dla obiektów " / mapa strony / rss RSS
© Światjestmały.pl, www.swiatjestmaly.pl - All right reserved
 Oprogramowanie dostarcza Vevar-Systems.com
Vevar-Systems.com